pełen wyzwań, radości, czasami też łez... Świat, w którym można się zapomnieć, zatracić a czasami też zagubić... Może tu znajdziesz równowagę?
ZAPRASZAM!
Usłyszałam dziś jedno z najpiękniejszych wyznań... Mr T nagle szepcze mi do ucha "wiesz, bardzo cię lubię". Uśmiechnęłam się do niego i mówię "a ja cię nawet kocham". A mój - prawie - 3 latek patrzy mi się prosto w oczy i mówi "i badzo lubie z ciebie rozmawiać". Bardzo mnie to wyzwanie zaskoczyło i mówię "naprawdę? ja też lubię rozmawiać z tobą" a mr T dodał "lubie z ciebie o wszytkim".
Ale wyznanie... Bardzo mnie to wzruszyło i pomyślałam sobie, żeby on zawsze to lubił, żebyśmy zawsze ze sobą rozmawiali tyle co teraz a rozmawiamy naprawdę dużo... Żeby - kiedy już nie będzie potrzebował tych rozmów, bo będą inni ludzie ważni w jego życiu - zawsze wiedział i pamiętał, że moje ucho czeka na jego szepty, że można o "wszytkim". A to nie jest takie oczywiste. Często, z upływem lat, jakoś to się zmienia... Może nam się jakoś uda.
Mr T mówi. Dużo mówi. Mówi prawie cały czas... :) Czasami pod koniec dnia już ma chrypkę od tego mówienia. Uwielbiam słuchać tego szczebiotu. Jest wesoło. Najbardziej lubię te dziwne słowa, które tworzy próbując powtórzyć to co my mówimy. A do tego mówi to wszystko z taaaaaką powagą!
Ostatnio jedzie po ulicy na rowerze i mówi "Ale ta droga podziurana!":) Wszystko co jest w puszce, każdy napój jest dla mr T piwem a dokładnie pifem. Na placu zabaw zaczął latać dookoła zjeżdżali i krzyczał "lubie pifo, lubie pifo". Spojrzenia, które lądowały na mnie rodziców, dziadków, niań były bezcenne :) Ale muszę też dodać, że pojawiło się wsparcie ze strony niektórych i taka nazwałabym to - "rodzicielka solidarność":) Usłyszałam od pani, która stała obok mnie z (na oko) dwulatkiem, "eee, mój syn ostatnio sześciopak tacie donosił!" :) Na placu zabaw jest naprawdę wesoło.
Dziś mr T nie mógł zrozumieć co się dzieje. Siedzimy w piaskownicy. Nagle jakaś pani mówi mi "dzień dobry, zaraz Zosia z przedszkola tu przyjdzie". Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie o co chodzi. Okazało się, że to mama koleżanki mr T z przedszkola. Gdy Zosia przyszła, mr T ciut się zawstydził ale w sumie potem się nawet chwile pobawili. Zosia została w piaskownicy my wróciliśmy do domu. Mr T czekając na mleko zamyślił się i mówi: "to niesamowite (tym słowem mr T wyraża zwykle swój zachwyt nad kimś, nad czymś), że ta Zosia - na placu zabaw - była taka sama jak ta z mojego szoszola :)". I choć tłumaczyłam, że to przecież ta sama dziewczynka, że nie ma dwóch identycznych Zoś, mr T nie mógł tego pojąć. Taka to logika, prawie 3 latka :) Ciekawe co będzie jak zobaczy Zosię w szoszolu, co jej opowie... :)
Ostatnio dużo się działo. Dzień zlewał się z nocą. Wciąż w biegu, myślami jednocześnie byłam w kilku miejscach. Jednym słowem - życie przyśpieszyło. Efekt, był taki że mr T, który i tak ma mnie mniej niż jeszcze 4 miesiące temu, miał mnie bardzo mało. Nie tylko fizycznie, bo nawet jak byłam przy nim ciałem, to myślami byłam jeszcze w dniu wczorajszym albo już daleko w przyszłości.
Gdy tak siedziałam przy stole, wzrok i myśli błądziły gdzieś tam... Mój mały dwu i pół latek wdrapał się na krzesełko, usiadł na przeciwko mnie, podparł rączką główkę, drugą złapał mnie za rękę i mówi: Mamo, mas poblem? ( może przetłumaczę :) Mamo, masz problem?) To pytanie mnie wyrwało z tego innego świata, zaskoczyło i zamurowało... Nie wiedziałam co mam powiedzieć! Jak, skąd on wie? On ma dwa lata! Tymczasem mr T, z przechyloną na bok główką, dalej patrzył na mnie, głaskał po mojej dłoni i mówi: Skoda, nie matw sie (czyli Szkoda, nie martw się). Nie wiedziałam co mam powiedzieć. To było bardzo wzruszające... Mr T zszedł z krzesła. Ja - wzruszona - zostałam przy stole. Wróciłam do tego co tu i teraz, dzięki dwu i pół latkowi, który zobaczył, zauważył więcej niż inni... Niesamowite...
Dziś był fajny dzień, pełen zabawy, śmiechu, tulenia. Położyłam się z mr T na kanapie. Mr T mówi: Jubie tak tobą leżeć... Ja też lubię mr T...
Ostatnie miesiące to było prawdziwe szaleństwo. Znów nowa lekcja, nowa nauka. Ale od początku :)
Był powrót to pracy i stałam się pracującą mamą. Uff, znów jakaś nowa rola! Życie z kilkoma grafikami - jeden w pracy, drugi w pracy męża, kolejny w domu - czy mr. T ma z kim wrócić z szoszola? A o której, a czy w weekend ktoś z nim pobędzie, gdy my w pracy... Też tak macie? Pewnie, że jakoś można to zorganizować ale przyznam, że to niezłe wyzwanie. Ale cóż, ogarniamy! :)
1,5 roku temu zaczęłam jeszcze coś, co teraz ma swój finał! Razem z koleżanką Pauliną Guzik, która prowadzi blog babyandthecity.pl napisałam poradniko-przewodnik po Warszawie! Tak, tak drodzy Rodzice, Mamy w ciąży, Dziadkowie, Nianie i w końcu Turyści - powstało coś z myślą o Was! To Baby and the City Warszawa!
1,5 roku temu Paulina zapytała: piszemy razem taki poradniko-przewodnik? A ja na to - jasne! Mr T do wózka i zwiedzaliśmy Warszawę wzdłuż i wszerz :) Odkrywałam zupełnie inną Warszawę, zupełnie na inne jej elementy stałam się czuła, wrażliwa. Paulina dokumentowała też Kraków (taki przewodnik i tam powstał).
Będę to wszystko mile wspominała. Różne pory roku, komunikacja miejska i my. Najpierw reaserch w sieci a potem sprawdzanie każdego z miejsc. To było wyzwanie! Mr T był bardzo dzielny:) A potem w nocy - laptop, notatki i pisanie. To było bardzo przyjemne!
A teraz mogę Wam pokazać to:)! I jestem bardzo, bardzo dumna.
Właśnie tak będzie wyglądała nasza książka! Ładna, prawda? :) Mamuśki zawzięły się i napisały! Ba, do tego same wydadzą - Paulina założyła wydawnictwo - i wypromują! W końcu mamy potrafią! :) Mam nadzieję, że Wam się podoba!?:)
Jesteście 21.04.2013 w Warszawie? To musicie się z nami spotkać!
Dawno nie pisałam. Chyba musiałam trochę odsapnąć, przemyśleć, pomyśleć. Nie uciekać od Świata Mamy ale trochę poukładać i poskładać wszystkie wydarzenia ostatnich miesięcy w jedną całość.
Mr T oficjalnie został "Małym przedszkolakiem", czyli rozpoczął zajęcia w czymś pomiędzy żłobkiem a przedszkolem. Czekaliśmy grzecznie w kolejce aż inne dzieci zrezygnują i dostaliśmy swoją szansę - swoją drogą, to w życiu nie przypuszczałabym że by dostać się do płatnego "żłobka" też trzeba odstać swoje w kolejce... :/
Jak było? Ja zdenerwowana. Nie wiedziałam czy mam machać na pożegnanie, całować, tulić czy zostawić bez słowa małego Smyka, który... Pobiegł do sali pełnej dzieci i zabawek i nawet się nie odwrócił!
Przeczytane książki, przewertowane gazetki i strony internetowe z radami i wskazówkami - co robić, jakimi zasadami się kierować gdy posyłamy dziecko do żłobka - a tymczasem jak człowiek staje przed faktem - głupieje. Zastanawiałam się kto czuje się bardziej bezbronny! Nie chciałam zrobić czegoś co zrazi mr T do wizyt w takich miejscach. Więc gdy maluch poleciał do sali - wyszłam. Czmychnęłam jak uciekinierka. 4 godziny w domu. Siedziałam jak na drożdżach. Masa pytań w głowie: widział jak wychodziłam? płakał? tęskni? Wysprzątałam całe mieszkanie, umyłam łazienkę, zrelaksowałam się dopiero po południu - jak już trzeba było iść po mr T. Dotarło do mnie, że przecież gdyby było bardzo źle ktoś zadzwoniłby żebym zabierała tego rozwrzeszczanego malucha :) Nikt nie dzwonił. Ruszyłam więc po mr T. A on....? Nie chce wracać do domu. I w płacz i histeria, nu, nu, nu i nu, nu, nu. Siłą zabrałam mr T z przedszkola. Szczęśliwa, że płacz jest dopiero teraz, że nie wył przez 4 godziny. Oby mu się nie odmieniło. Ten jeden raz w końcu nic nie znaczy. Kolejne wyzwania przed nami.
Jadę na spotkanie. Mr T z tatą w domu. Usiadłam na przystanku. Uciekł autobus-może to dobrze przestanę w końcu pędzić, chwilę posiedzę. Tak po prostu...
Zaglądam do torebki, bo chyba już nie umiem siedzieć tak po prostu tylko szukam zajęcia, bo przecież w wolnej chwili trzeba działać, na maksa tę wolną chwilę wykorzystać... Zaglądam więc do tej torebki... To podobno wizytówka kobiety. Moja torba jest duża. Dawno tu nie zaglądałam, bo po co brać swoją torbę na plac zabaw, czy do parku? Skoro trzeba targać zabawki, soczki i inne niezbędne rzeczy. Materiał w środku rozpruł się, rzeczy wpadły pod podszewkę. Nurkuję. Wyciągam książeczkę mr T "Przygody Czuczu", Sudocrem, zatyczkę do butelki, mokre chusteczki, autko, które mr T szukał od tygodni... Całe dno torby w okruszkach ulubionych ciasteczek mr T. Gdzieś między tymi rzeczami mój notes, długopis, portfel, mp3 bez słuchawek i książka o kobietach, dla kobiet...
Pomyślałam sobie: jaką jestem teraz kobietą? Kim jestem teraz? Skoro torba, jej zawartość, mówi o kobiecie bardzo dużo, to co moja torba mówi o mnie? Chaos, mr T, mr T, mr T...
Przyjechał autobus. Wrzuciłam wszystko do torby, pewnie znów wpadło wszystko za podszewkę...
Zastanawiacie się często albo tylko czasami jakie będzie Wasze dziecko? Czy towarzyskie, czy lubiane, czy chętnie będzie bawiło się z dziećmi, czy będzie otwarte w stosunku do innych dzieci, dorosłych? Czyż nie takie dzieci lubimy? Zawsze uśmiechnięte, pozytywne. Widok takiego dziecka jest dużo fajniejszy od takiego, które coś tam samotnie kopie w piaskownicy.
Ile razy słyszę od innych mam : "No, pobaw się z dziećmi!Co tak sam siedzisz". Ba, ja sama tak mówię i zachęcam mr T do zabawy z innymi, do pracy w grupie. Bo to przecież dla jego dobra, prawda? Poza tym trochę taka presja jest. Sami wchodzimy w role, to dlaczego nie uczyć tego dzieci? Wszędzie przecież zachęca się nas do "bycia" w grupie, do pracy z grupie. W CV to atut numer jeden! Być lubianym - to jest to! Ekstrawertyków doceniają w piaskownicy i w pracy, czyli przez całą naszą drogę. Introwertyk to brzmi taaak źle! To brzmi jak wada...Prawda?
Być z ludźmi, być lubianym, robić coś nawet kosztem własnego komfortu psychicznego - to ja. Lubianym jest łatwiej. Lepiej powiedzieć "tak" i godzić się z grupą niż iść swoją drogą. Dziś zastanawiam się co znaczy - w tym przypadku - "lepiej. Zawsze myślałam o sobie - ekstrawertyczka. Niech zawsze coś się dzieje, będą ludzie i ja z nimi.
Pół roku temu - zupełnie przypadkowo - zrobiłam test dotyczący intro i ekstrawertyzmu. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam, że na tej skali "wertyznu" jestem dużo bliżej intro niż ekstra! Jakoś nie chciałam się do tego przyznać sama przed sobą... Kocham ludzi. Ludzie mnie inspirują. Ale zauważyłam, że lubię być też po prostu sama ze sobą, że po wielkim haju towarzyskim muszę sie regenerować. Może to przyszło z czasem, z wiekiem, a może jestem bardziej świadoma siebie, swoich potrzeb... Może to kwestia odwagi, która się pojawiła...
Niedawno obejrzałam, usłyszałam przemówienie dziewczyny Susan Cain, która napisała książkę o introwertykach, choć nie jest psychologiem a prawnikiem. Bardzo inspirująca mowa. Dlatego też chcę się z Wami nią podzielić. Dała mi dużo do myślenia -nie jeśli chodzi o mnie ale o dziecko, o mr T. Znów pomyślałam o tym jakie to ważne pozwolić komuś być sobą. I jakie to trudne... Gdzie i jak wyważyć tę granicę?
Nie jest tak, że introwertyk może sobie odpuścić, mieć w nosie ludzi i grupę. Nie. On też musi wykonać pewien wysiłek by współpracować z ludźmi, bo być z ludźmi to bardzo ważne - umieć podzielić się zabawką w piaskownicy, to ważne. Ale musi też mieć chwilę dla siebie.
Samodzielne lepienie, malowanie, przesypywanie piasku, lepienie babek solo - dlaczego nie? Nie być w paczce, która rządzi klasą - dlaczego nie? Nie zgłaszać się na każdej lekcji - dlaczego nie? To nie oznacza, że dziecko nie wie albo jest nieatrakcyjne towarzysko. Obie strony intro i ekstra powinny się po prostu doceniać... Zresztą sami posłuchajcie!
A pod tym linkiem znajdziecie wersję z polskimi napisami.
Wyruszyłam z mr T na spacer. Miało być aktywnie. Piłka, rowerek, plac zabaw. Zwarta i gotowa ruszyłam. Mr T wygodnie siedział na rowerku i podziwiał świat, pokrzykując przy tym "oooo, łooooooł". Taka była reakcja na samochody, psy, dzieci, na wszystko to co mijaliśmy. Szłam trochę jak na ścięcie, bo nie miałam ochoty ganiać za piłką, ani robić babek z piasku. Ale cóż! Siła wyższa! Trzeba iść, dziecko musi być na świeżym powietrzu a poza tym chce - pokazało mi to stojąc w pidżamie, z sandałkami w ręku, pod drzwiami.
Doszliśmy do parku, na plac zabaw. Piłka, kilka goli strzelonych, potem jakieś buju, buju, zjeżdżalnia, na babki robione w piaskownicy to mr T tylko popatrzył. Wziął swoją butlę, mnie za rękę i ruszył pod ogrodzenie parku. Stanął i patrzył na auta. Byłam zirytowana. Ja tu organizuje miłe południe! Ma być aktywnie, ma być wśród zielonych drzew a tymczasem stoimy i wdychamy spaliny! Mr T wpadł na kolejny pomysł! Wyszedł z parku - ja wkurzona za nim, ciągnąc rowerek i kopiąc piłkę - i ruszył na przystanek autobusowy. Usiedliśmy na ławce i przez dobre pół godziny oglądaliśmy auta w korku i autobusy. Mr T był przeszczęśliwy! Ja ochłonęłam...
Pomyślałam sobie... Kiedy ja coś takiego zrobiłam? Usiadłam gdzieś i patrzyłam na coś tylko dlatego, że...lubię? Nie pamiętam... Wciąż goni mnie czas, wciąż ja gdzieś gonię... Nie wiem gdzie... Tik, tak, tik, tak... Czas, czas... Trzeba to, tamto i tak w kółko. Pomyślałam: to co, że wdychamy spaliny a zamiast aktywności opychamy się chrupkami kukurydzianymi. Skoro właśnie to może dać najwięcej radości... Pomyślałam sobie, że dlaczego mam na siłę mr T ganiać po tym placu jak właśnie teraz - gdy jest beztroskim dzieckiem - ma czas żeby dostarczać sobie przyjemności... Potem to już tylko będą mu kazali, bo grupa, bo wszyscy, bo tak trzeba... Pewnie, że czasami trzeba ale czasami nie...
Tak i my dorośli chyba musimy sobie to czasami powiedzieć. Czasami trzeba ale czasami trzeba też odpuścić... Siąść popatrzeć na drzewa, ptaki, posłuchać szumu wiatru, nie robić nic... Zrobić to co sprawia nam przyjemność a nie to co trzeba....
Mr T wstał z ławki, oczy błyszczały, był uśmiechnięty i zadowolony. I ruszył do parku, na plac zabaw. Ja za nim.
Lubię jak wyrównuje oddech, jak powoli wkracza do świata snu. I to słychać, umiem rozpoznać ten moment... Oddech się wydłuża, jest spokojny, tylko coś słodko sobie mruczy... Lubię gdy tak mr T zasypia...:) Wygląda jak aniołek, jest tak błogo, spokojnie, jest taki niewinny... Do czasu... :)
W nocy budzi się - niestety tak ma od półtora roku. Wciąż zastanawiam się kiedy będzie taka noc, że położę się i po prostu pośpię - bez wstawania kilka razy, bez wiszenia na łóżeczku, bez nocnej irytacji... Chociaż skłamię jeśli powiem Wam, że nie rozczula mnie widok mr T, który wyrwany czymś ze snu: siada albo staje przy barierkach łóżeczka, totalnie zaspany, usteczka w podkówkę, włos rozwichrzony, miś pod pachą... I buuuuu!!!! Aż łezka się kręci na widok takiej pierdoły małej :) I tu muszę szybko dodać: która jest oczywiście bardzo cwana i wie, że mama chce pospać i po "entym" nocnym wstaniu, weźmie Jegomościa do łóżka i ten będzie spał w tym większym łóżku. A o to przecież chodzi!!! :)
Jakoś tak jest, że w tym większym mr T śpi jak suseł, nawet nie mruknie. I tak, przez zmęczenie, książkowe zasady idą w odstawkę, na jutro, na później, na potem.... Tylko co z tego będzie? Dobrej nocy:)
"A to to?" - takie oto pytanie słyszymy kilkadziesiąt a może set :) razy dziennie! Ale jakie to urocze, jak ja na to czekałam:) Mój dialog z mr T wygląda mniej więcej tak:
(mr T) "A to to?" więc ja na to" "To jest kotek: miauuu" i nagle paluszek wędruje na inny rysunek i słyszę "A to to?" "To jest pies: hauuu" I tu zwykle mr T jest bardzo zaangażowany i pokazuje jak według niego wygląda psia mowa i dodaje też element zadyszanego psiaka :))) Ale to tylko moment spokoju, za chwilę zgadnijcie co słyszę:)? "A to to?" Więc znów odpowiadam " To jest ciuchcia- ciuch, ciuch". Oj tak! Ciuchcia zdecydowanie jest na fali - i bajka Tuwima "Lokomotywa" i ciuchciastyczna bajka na Mini Mini - chyba "Stacyjkowo" - a także metro, tramwaje i wszystkie ciuchcie jakie się tylko pojawią w zasięgu wzroku mr T:)
Z innych, nowych umiejętności, to muszę się Wam pochwalić, że mr T sam je! A my potem wszystko dookoła sami sprzątamy :) Trzeba przyznać, że chłopak ma zacięcie. Czasami jego twarz znika gdzieś pod serkiem, nie widać dziurek nosa, tylko niebieskie oczy się śmieją:) Ale ile daje szczęścia ta samodzielność!:) Żeby nie było tak słodko i wesoło, mr T też pokazuje różki. Oj zaznacza swój charakterek: uparciuszka i nerwuska - niech tylko coś pójdzie nie po jego myśli... Powiem Wam, że ta "walka" z dzieckiem i bycie stanowczym, to naprawdę trudna rzecz. Zwłaszcza jak ta sprzeczność interesów naszych i mr T pojawia się np. w sklepie. No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo:)
A! I muszę się Wam pochwalić dziełem mojego męża! Taram!!!! Samodzielnie zrobiony żyrandol - balon z misiami.
Od Taty dla mr T :)
Kilka razy dziennie mr T czule żegna się z misiami :)
Tak, tak zrobił to sam dla swojego mr T :)))) A mr T stoi teraz i macha do swoich misiów, które wyruszyły w podróż pod sufit :) Pełen zaangażowania powtarza "pa pa pa" :)
Więc i ja mówię Wam dziś: paaaaaaaaaaaaaa :)))))))))))
Zawsze sobie powtarzałam, że moje dziecko nie będzie oglądało za dużo TV. Ale już sobie tego nie powtarzam :) i stwierdzam, że są chwile kiedy TV to wybawienie! Jak już się z mr T wybawimy, wyśmiejemy, przeczytamy "enty" raz tę samą książeczkę o skuterku - to ja mam już dość i chcę zajrzeć do netu, posprzątać - a mr T dość wciąż nie ma:) Właśnie teraz robię wpis tylko dzięki temu, że leci jakiś polski serial - w sensie telenowela:)- a mr T zachwycony słucha dialogów:). Wcześniej nie mogłam go oderwać od ... "Mody na sukces":) Cóż, mój syn nie jest na razie wymagającym telewidzem, jak widać:)
Wpis powyżej zrobiłam wczoraj na więcej mr T mi nie pozwolił, bo jego paluszki "chodziły" po klawiaturze razem z moimi. Dziś kończę:) Teraz "T" jest na spacerze z Babcią, która odwiedziła go przed pracą. A ja zanim wpadnę w wir sprzątania, prania mam 3 minuty dla siebie. Cudownie! :)
Przedwczoraj wybrałam się z "T" na kawkę do jednej z tych kawiarni przyjaznej dzieciom. Najpierw podróż autobusem i metrem - a jak zwykle "T" zaczepiał wszystkich. A jeśli ktoś na zaczepkę odpowiedział - przepadał :) Mr T nie daje już wtedy spokoju. A kuku, papa i częstowanie ciasteczkiem - wszystko to, jego "ofiara":), musiała wytrzymać:) W tej wesołej atmosferze dotarliśmy na spotkanie z koleżanką - ja teoretycznie miałam czas na kawusie a "T" szalał z innymi dziećmi. Uwielbiam patrzeć jak integruje się z innymi dziećmi, jak włącza się w zabawę, jak zaczepia rodziców i dzieci:) Ba! nawet przytulał już dziewczynę, swoją rówieśniczkę Franie:) Było wesoło. Chociaż też zdarzały się dzieci, które zabrały zabawkę, były starsze więc pokazywały gdzie jest miejsce w szeregu takiego smyka jak "T". Cóż, na to przykro jest patrzeć, bo człowiek chciałby bronić, chronić. Ale nie można - chyba musi dawać sobie radę sam, w końcu w żłobku czy w przedszkolu będzie zdany sam na siebie a takie spotkania z dzieciakami to tylko przedsmak tego co go czeka... Samo życie... Pierwsze dni grudnia... Nie czuję świąt... Jedyne co o nich przypomina, to hit puszczany w radio:)
Jest mi smutno i źle... Tak bywa... Takie tam problemy świata dorosłych... A ten mały smyk podchodzi łapie za szyję, mocno tuli i całuski sprzedaje.... A potem porzuca, pędzi po swoją zabawkę i znów odwraca się i śle całuska - w uroczy sposób, po swojemu... Łezki same mi lecą i trudno się nie uśmiechnąć. Bezcenne chwile z takim małym smykiem... Czasami ich chyba nie doceniam...
"Ni"czyli nie, to dla niewtajemniczonych:))) i "No, no, no" mówi mr T grożąc mi paluszkiem (zawsze tak jemu pokazuję tłumacząc, że czegoś nie można robić) i tak przez cały dzień! "T zjesz coś?ni!" - odpowiada mr T. "Idziemy na spacer? ni! Zostaw aparat! no, no, no!" - macha palcem. "Nie rwij tej chusteczki na drobniutkie kawałki, nie wkładaj ich do buzi, nie łykaj! no, no, no!" - krzyczy mr T, podając mi jeden z kawałków (robi przy tym minę mówiącą: fuuuj, weź to ode mnie) i dalej robi swoje!
Wdrapuje się na sofę i schodzi z niej nie zważając na to, że zaraz wyląduje na głowie! Co właśnie teraz oglądam! Ale urwis! A za minutę gładzi mnie po włosach, tuli i sprzedaje całuska:))) Co nie przeszkadza, żeby za 2 minuty pokrzyczeć - jak znów czegoś zabronię - popłakać baaaardzo głośno, powiedziałabym nawet czasami histerycznie. I to spojrzenie mówiące: "a może jednak mama się zlituje i zrobi to co ja chcę?". Zawsze próbuje postawić na swoim. Niezłe walki się toczy z takim małym smykiem. Bo w końcu mr T dobrze wie, że kiedyś mamie sie znudzi powtarzanie: zostaw piloty, nie przełączaj, nie przyciskaj! Za setnym razem, może przecież się coś znudzić, nie?:))) Mi tak ale nie mr T :))) Komputer i kanapa zasypane kawałkami chusteczki higienicznej. To cena za pisanie bloga:) W pewnym sensie postawił na swoim :) Średnio to wychowawcze, co?:) Ups. A mr T patrzy na mnie uśmiechając się jakby mówił: no, co? Przecież nie przyciskałem klawiszy komputera! Czymś się zająłem! I pakuje mi się na kolana z miną aniołka :) No, tak, cóż mogę odpowiedzieć:)
I wiecie co? Mam takie wrażenie jakby wstał inny chłopiec, niż ten którego lulałam do snu :) Taki doroślejszy. Inne pomysły, nowe rzeczy mówi, robi.Właśnie przesuwa krzesła i próbuje ze stołu ściągnąć jabłka. Ratuuunku!!! :)))
Ach, zapomniałam dodać, że dostałam jesienny bukiet od T :))) Muszę go zasuszyć :), choć został już ciut wymiętolony :)))
Zawsze się zastanawiam: jak to jest, że dziewczynki to kochają lale a chłopcy autka? Skąd się to bierze? U mr T to jakoś samo przyszło:) nikt autkami go nie katował :) Uwielbia wszelkiego rodzaju pojazdy i książeczki o nich i o zwierzątkach. Siedzimy i czytamy, tzn. czytam wydając dziwne odgłosy: ko ko, muuuu, beeee i tak dalej:) Uroczo prawda? :))) Mr T jest wtedy wniebowzięty i szczęśliwy.
BRUMMMMM CZY WRRRRRRR ? :)
Powiem Wam, że to niezłe wyzwanie, bo jak moi Drodzy naśladowalibyście dźwięki wydawane przez ciężarówkę, dźwig czy samochód rozwożący lody, mały samochód, większy i wreszcie ... - rower??:)))) Wydawałoby się, że wszystko brzmi tak samo a roweru nie słychać, za bardzo:) Ale jak wytłumaczyć to roczniakowi, który z nadzieją wpatruje się we mnie i przekłada kolejną kartkę wskazując kolejny obrazek :))) Przecież nie mogę go zawieźć:)! Oj żebyście słyszeli moją radosną twórczość!:) To wrrr, brrrr, brumm :)))
Mr T już całkiem sprawnie opanował poruszanie się w pionie, choć czasami przypomina pijanego zajączka :), zwłaszcza gdy rozpędzony próbuje łapać równowagę :))) Dziś, w czasie spaceru, porzucił na kilkadziesiąt minut wózek i zasuwał solo :) Jeju, jaki on już duży:) A gaduła jaka?! Teraz wszystko jest na "nie" :) To chyba ulubione słowo mr T. Ale jest też nowe: "lala" :) He, może po samochodzikach przyjdzie czas na lale! :) Acha, kończąc wątek osiągnięć syna:) muszę dodać, że numerem jeden wśród pojazdów są te latające! Możecie więc sobie wyobrazić jego szczęście, kiedy przez ostatnie dni non stop w telewizji widzi lądujący samolot:)))
Minął rok. Kiedy? Nie mam pojęcia! Jedna świeczka zdmuchnięta, masa życzeń - tak minął nam 13.09.2011 r. Byłam z mr T sama (nie licząc wspaniałych gości oczywiście!!!!), bo Tata mr T musiał wyjechać... Praca...
A ja wieczorem, kiedy mr T po dniu pełnym emocji udał się do krainy snów, usiadłam z lampką wina i pomyślałam o tym minionym roku. Wspominałam sobie ten pierwszy krzyk, pierwsze nasze (tzn. mr T i moje) spotkanie, pierwszy buziak, utulenie, ten stres, strach, rodzące się uczucia, których wcześniej nie znałam... Życie wywalone do góry nogami, że już nic nie jest tak jak było... Nawet po drobne zakupy nie można wyjść ot tak beztrosko. Jesteśmy z mr T po prostu nierozłączeni!
Taki był ten miniony rok. Fantastyczny, taki na który długo czekałam. Chociaż rok ciężki, co tu dużo mówić. Czasami ma się wszystkiego i wszystkich po dziurki w nosie... No cóż, tak jest... Ale tego roku nie zamieniłabym na nic!
Uwielbiam patrzeć jak mr T się zmienia, rozwija. Jak otwierał oczka, długo zapuchnięte po porodzie, jak zaczął przewracać się na boki, łapać stópki, jak uśmiechnął się pierwszy raz, zaśmiał. usiał, zrobił pierwszy krok, zjadł pierwszą marchewkę, powiedział: tata, mama i kilka innych wyrazów, jak naśladuje dźwięk autka, samolotu. Uwielbiam jak gramy piłką, jak rozmawiamy w tylko nam znanym języku. I tak mogłabym wymieniać... :)))) I wiecie, choć dużo jest trudnych chwil, to jak wspominałam ten miniony rok, to myślałam głównie o tych pięknych naszych chwilach.
I mr T i sobie życzę, by było ich jak najwięcej :)
Dzieciaki witają szkołę, przedszkola, żłobki, rodzice przeżywają stresy, zwłaszcza gdy to pierwszy dzień dziecka poza domem. Gorączkowo zerkają na zegarek, bo niełatwo zgrać pracę z obowiązkami po pracy... A my? A my też walczymy z gorączką. Mr T złapał coś, nie wiadomo skąd, kiedy, jak. Czyli standard, jak to z dziećmi bywa. A ja przeżywam swój pierwszy stres związany z rosnącą temperaturą, płaczem i tą bezradnością kiedy nie wiadomo jak pomóc.
A mr T tuli się, klei, chlipie. I powiem Wam, że w takich sytuacjach rodzi się chyba jeszcze silniejsza więź-o ile ona może być jeszcze silniejsza... :) Mam nadzieję, że to coś minie szybko.Bo diagnoza jest: 3-dniówka-wirusówka. Organizm walczy, uodparnia się, kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Pozostaje ufać diagnozie i czekać. Mamy zrobić badanie moczu, tylko zastanawiamy się z mężem- jak:)? Przecież z pieluszki nie wycisnę:))))) Jakieś wskazówki?:)
Koniec wakacji. Choć jeszcze lato to już czuć jesień, prawda?Ja czułam ją bardzo, będąc na spacerze z mr T, dwa dni temu (bo teraz musimy siedzieć w domu, choć tak pięknie jest...). Już słychać inny szum drzew, szum suchych liści... Niby jeszcze zielono a trawy już pokryte szeleszczącymi liśćmi w kolorze jesieni...Wiatr zimny, niesie ten specyficzny zapach...Właśnie zapach jesieni... To piękna pora, gdy jest słońce, błękitne niebo i masa kolorów. I w sumie wrzesień jest dla mnie wyjątkowy, wszystkie ważne wydarzenia związane są z tą datą. Ale ta jesień niesie taki niepokój... też. I stanowczo za dużo w tym czasie pojawia się myśli w głowie :) Stanowczo za dużo:)
Ostatnio wspominaliśmy z mężem niedziele, które zaczynały się dla nas o 12. Leniwe, w pidżamach, bez pośpiechu. Teraz wstajemy o 7 i cieszymy się, że nie było pobudki o 6:) Dzień jest długi, jest spacer i doba mija nie wiedzieć kiedy! I wiecie co? Nie zamieniłabym być tych wczesnych poranków na nic:)
Dziś na maksa źle się czułam i myślałam, że już nie dam rady być z mr T. W głowie mi wirowało, było słabo, ciśnienie spadło, koszmar. Ale nie mogłam powiedzieć: "nie dam rady, nie mam siły", nie mogłam położyć się, nie mogłam go nie nosić, nie zabawiać. Nie mogłam...
Myślę sobie o mamach, które 7 dni w tygodniu, 24 na dobę, zawsze są gotowe do działania, śpią z "jednym okiem otwartym" :), bawią się samochodami, grają w piłkę, trzymają kilkanaście kilogramów na biodrze a drugą ręką przygotowują kaszkę... Robią kilka rzeczy jednocześnie, nie wiem w sumie jak! Po prostu mama to synonim osoby wielofunkcyjnej :)
A odpowiedzialność to słowo i uczucie, które jest z nami non stop, gdy wstajemy, myjemy się, sprzątamy, spacerujemy, bawimy, idziemy spać. Odpowiedzialność za małe istotki zależne od nas, wpatrzone w nas... I nie można powiedzieć: idź, zajmij się sobą, ja nie dam rady, nie chce mi się. Ale to nie znaczy, że nie ma dni bez łez, bez tego poczucia bezsilności, osamotnienia... I nie wiem skąd jest w człowieku ta wiellllkkkaaaa siła. Pojawiła się nagle, w pewien wrześniowy poranek :) i trzyma się mnie i niech trzyma się już zawsze:)
Miałam pisać o naszych małych zmianach, o tym że mr T nauczył się robić „pa pa” i robi je co kilka minut :) na przykład do zamkniętych drzwi gdy wychodzimy na spacer, do pani w autobusie. Oj rośnie, rośnie Smyk, zmienia się. Ma już nawet swój „zestaw doroślaka”: nocnik, szczoteczkę do zębów i kubek niekapek a także taki ze słomką! Tak, tak! Szczoteczka podoba się bardzo. Mr T szoruje zębale, dziąsła, usta i zdarzy się, że wszystko dookoła też :) Do kubasów jeszcze podejścia nie było a nocnik..:)? Na " niebieskim tronie" za nic usiąść nie chciał ale za to, typowo „po męsku”, zrobił siusiu :) Czyli w pewnym sensie „pierwszy raz bez pieluszki” mamy już za sobą:) To wszystko, to na razie oczywiście zabawa, bo przecież chyba o to chodzi, żeby przez zabawę uczyć.
I tak myśląc o "zestawie doroślaka" przypomniało mi się o innym wymiarze dziecięcej dorosłości, o czym ostatnio głośno czyli o malutkich, kilkuletnich modelkach. Wiadomo, że prawie każda dziewczyna lubi malowanie, pedicure, buty na obcasach, ubrania mamy. To normalne i chyba naturalne. Też podbierałam cienie, pomadki, naśladowałam w gestach mamę. I to wszystko, ta niewinna zabawa w dorosłość też niby jest na zdjęciach, które zbulwersowały opinie publiczną na świecie. Chodzi o sesje 10 letniej Tylane Leny-Rose Blondeauo dla francuskiego "Vogue'a".
Niżej w filmiku macie trochę więcej fotek tej "modelki".
Tylko, że dla mnie to są wyzywające fotki, tak myślę... Nie ma w nich tej niewinności dziewczynki, która się bawi w modę. Dla mnie mega pożywka dla pedofilów…Serio. I tak sobie myślę, że takie zdjęcia nikomu i niczemu nie służą…
Mama dziewczynki usprawiedliwiała siebie i dziecko na wszelkie sposoby, że chce dobrze, że dziecko ma potencjał… Dziewczynka jest śliczna i super pozuje. Ale ruszyła lawina krytyki i rodzice (zresztą to znana dziennikarka i piłkarz) zamknęli profil dziewczynki na FB i blog.
Swoją drogą te zdjęcia pokazały się w grudniu 2010 r. a taki szum dopiero teraz :/ Sezon ogórkowy w mediach, chyba dlatego. Nieważne. Ważne, że temat został poruszony. Chociaż ten szum korzyści na razie nie przyniósł. Ten szum wykorzystują inni. Francuska marka, która robi bieliznę dla niemowlaków i małych dzieci, do reklamy wykorzystała kilkulatki zrobione na „dorosłe”, które pozują w bieliźnie.
Takie firmy, czasopisma pewnie cieszą się z dyskusji jaka znów się toczy w mediach, bo dzięki małym modelkom się o nich mówi. I pewnie po to te sesje... Nie wiem. Czy to już świat oszalał i we wszystkim dopatruje się zboczenia a to wszystko to tylko ładne fotki, słodkie dzieci bawiące się w dorosłych, i należy z życzliwością na to patrzeć? Nie wiem. Ale ja czuję jakiś niesmak patrząc na te zdjęcia i jakoś szkoda mi tych dzieci...
Chłopczyk do kolegi,wspinając się po górce na placu zabaw: "Jesteśmy górnikami!!! Weszliśmy na górę!" Ależ mnie rozbawili :) Uwielbiam tę dziecięcą logikę! Uważam, że mądrze sobie to wykombinował :)
Piękną mamy jesień tego lata, prawda? Dziś brnęłam w kałużach, po mokrej trawie, masa komarów, bo wilgoć jest... Taki letni spacer :) Średnia przyjemność po ciężkich nocach, bo takie mr T nam serwuje... Jak anioł śpi do 23, 24 a później... robi mi pobudkę co 20 minut, co godzinę... Aż w końcu budzi się o 6 30 i czeka na śniadanie... A ja nie wiem jak się nazywam, bo tak naprawdę co zasnęłam, to się budziłam... Ząbki, bączki, wszystko na raz, nie wiadomo o co come on... Zwariować można! I jeszcze to usypianie... Się nauczył być lulany a w zasadzie został nauczony... Tak tego chciałam uniknąć a przez kolki, które miał non stop, tak staraliśmy się mu pomóc, ulżyć, że teraz mamy problem... A ja nie umiem tak wsadzić do łóżeczka i czekać aż zamęczy się i zaśnie... Nie potrafię... Dziś próbowałam... Koszmar... Choć to niesamowite jak w pewnym momencie, gdy słyszysz płacz 10 minut, 20, 30, to taka znieczulica jakby człowieka ogrania...Ale nie aż taka, żeby wytrzymać kilka godzin wycia...
123rf.com
Uwaga, uwaga! Mr T nauczył się klaskać:) Zabawa w brawo, koci, koci nie nudzi mu się w ogóle:) A jak słyszy muzykę, to tak śmiesznie buja się i ugina na nóżkach:) - to chyba taniec:)! Wygląda to naprawdę zabawnie:) A ile frajdy sprawia mu dzwonienie do drzwi, po spacerze:)?! Ding - dong a ile radości:) A i wszystko do buzi pakuje! Na placu zabaw pochłania kamienie, liście. Właśnie przed chwilą wyciągnęłam z jego buzi jakiś plastikowy kawałek... Nie wiem skąd to wziął...! Dobrze, że nie połknął... No oczy trzeba mieć...? Dookoła głowy to chyba za mało:)
Ach, szkoda, że macierzyństwo, to nie są tylko takie wesołe, miłe chwile... Tylko masa dylematów: a czy dobrze robię? czy jestem wystarczająco konsekwentna? jak 10-miesięcznego maluszka nauczyć, żeby robił to i tamto, gdy on nie słucha, płacze, zanosi się... Czasami człowiek jest tak zmęczony... Śmiesznie, bo człowiekowi wydaje się, że sam, jeden jest z tymi wszystkimi problemami. A potem słucham Pań na placu zabaw, czytam niektóre blogi... I czuję ulgę... :) Bo przestaje się czuć osamotniona w tych moich dużych-małych problemach...Takie po prostu jest życie...:)
Zacznę od tego, że mr T powiedział: mama!!!Tak, tak i to zupełnie świadomie! To znaczy wołał mnie kiedy wychodziłam z pokoju! Normalnie aż podskoczyłam ze szczęścia zalewając się herbatką rumiankową:) 17.07.2011 r. tę datę należy zapamiętać:))) Oczywiście mr T mnie nie rozpieszcza i narazie cicho sza :), słowa nie powtarza. Czekam:)))
www.myspace.com
To sukces numer 1 a numer 2 to wyróżnienie w konkursie BRIOKO na "najciekawszy blog"! Tu są szczegóły:
http://www.brioko.pl/blog
Wyróżniono 10 blogów w tym Świat Mamy:)
Jestem taka dumna! I dziękuję! Cieszę się, że niektórym blog się podoba i, że znajdujecie w nim coś dla siebie! -